Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Żywot św. Antoniego

Chociaż Padwa, miasto w północnych Włoszech, stała się miastem św. Antoniego i jej nazwa służy do odróżnienia go od innych jego imienników, to nie ona była jego ojczyzną. Św. Antoni urodził się około r. 1191 i wychował w dalekiej Lizbonie, stolicy dzisiejszej Portugalii. Rodzice jego Marcin i Maria należeli do rycerskiego rodu i posiadali prawdopodobnie znaczny majątek. Dzięki temu mogli zapewnić swemu synowi, któremu nadali na chrzcie imię Ferdynanda, wychowanie i wykształcenie stosowne do jego pochodzenia.

Pierwsze lata swego życia spędził Fernando pod wyłączną opieką matki. Ojciec spełniał obowiązki na dworze królewskim i często bywał poza domem. Chłopiec odznaczał się dużymi zdolnościami, a dzięki troskliwości matki zdobył nie tylko ogładę i dobre maniery, ale w miejscowej szkole katedralnej podstawowe wiadomości przydatne do dalszych studiów. Tak upłynęło mu pierwszych piętnaście lat życia.

Nie znamy dokładnie motywów, które skłoniły młodego Fernanda do wstąpienia właśnie w tym wieku do klasztoru Kanoników Regularnych w Lizbonie. Jedni widzą w tym chęć uchronienia się przed pokusami świata, inni przemożną siłę powołania, inni wreszcie przypisują to utracie w tym czasie obydwojga rodziców. Faktem jest, że w piętnastym lub szesnastym roku życia zapukał do furty klasztornej i został przyjęty. Nie było to wydarzeniem niezwykłym. Wielu młodzieńców czyniło podobnie może tylko nie w tak młodym wieku. Historycy wspominają, że krewni próbowali odwieść go od tego kroku i nawet w klasztorze nie dawali mu spokoju. Nie ma natomiast wzmianek o rodzicach, może rzeczywiście w tym czasie już nie żyli. Fernando trwał przy swoim postanowieniu i ażeby uniknąć dalszego nachodzenia przez krewnych, poprosił przełożonych o przeniesienie go z Lizbony. Przy ówczesnej organizacji tego zgromadzenia nie było to rzeczą łatwą, ale uzyskał taką zgodę i po dwóch latach pobytu przeniósł się do innego, jeszcze większego i sławniejszego klasztoru w Koimbrze. Miasto to wówczas było stolicą kraju i siedzibą jedynego uniwersytetu Portugalii.

Klasztor Św. Krzyża w Koimbrze, gdzie Fernando spędził osiem lat, odegrał dużą rolę w jego życia. Tutaj, już w całkowitym spokoju, pogłębił i utrwalił swoje powołanie zakonne i kapłańskie, wszedł w prawdziwy kontakt z Bogiem. i nauczył się odczytywać Jego natchnienia. Korzystając z wysokiego poziomu miejscowej szkoły klasztornej przyswoił sobie znajomość teologii w stopniu rzadko spotykanym, do czego przyczyniły się w dużej mierze jego wybitne zdolności i osobista pilność. Tu odkrył również źródło, z którego odtąd czerpać będzie obficie: Pismo święte. Tak często było ono jego lekturą, że nauczył się go prawie na pamięć. Pracowite były te lata, ale też staną się one nieocenionym przygotowaniem do zadań, jakie mu Bóg zamierzył zlecić. Tutaj prawdopodobnie otrzymał również święcenia kapłańskie.

Unormowany tryb życia i zajęć młodego studenta, zakonnika i kapłana został jednak nagle zakłócony. Powodem tego stało się wydarzenie, którego Koimbra, a zwłaszcza sam klasztor Św. Krzyża stał się świadkiem. Oto przywieziono tu trumny pięciu braci z zakonu św. Franciszka, którzy niedawno w dniu 16 stycznia 1220 r. ponieśli śmierć męczeńską w niedalekim Maroku z rąk mahometan. Ich pogrzeb stał się olbrzymią manifestacją religijną i hołdem dla nieustraszonych głosicieli Chrystusowej Ewangelii wyniesionych później na ołtarze. Fernando przeżył głęboko ten moment i zrozumiał go jako głos Boży skierowany wyraźnie do niego. Tak szczery był jego zapał i siła przekonywania, że uzyskał od swych przełożonych zgodę i pozwolenie na przejście do tego zakonu, który wydał męczenników za wiarę. Wydawało mu się, że przyobleczenie tego samego habitu jest warunkiem, by im dorównać w chrześcijańskiej gorliwości. Koło Koimbry mieli już Bracia Mniejsi mały klasztorek pod wezwaniem św. Antoniego Pustelnika. Fernando otrzymując habit franciszkański otrzymał również imię patrona tego miejsca. Odtąd znany będzie już tylko jako brat Antoni. Jego dotychczasowi przełożeni i współbracia zdawali sobie sprawę kogo tracą. Jeden z nich miał zażartować, że w nowym zakonie zostanie z pewnością świętym. Kiedy się dowiesz, że jestem święty, będziesz chwalił Boga - odpowiedział pokornie odchodzący. Miał wówczas 29 lat.

Jedyną prośbą, jaką zgłosił prosząc nowych przełożonych o habit, było pragnienie dołączenia do nowej wyprawy misyjnej do krajów mahometańskich. Tak gorąca była ta prośba, że już pod koniec roku 1220, a więc po kilku dopiero miesiącach pobytu w zakonie franciszkańskim, przełożony prowincjalny udzielił mu potrzebnego pozwolenia. Antoni był przekonany, że on także głosząc Chrystusa niewiernym uzyska wnet palmę męczeństwa. Przekonał się jednak, że nie tak łatwo odczytać w planach Bożych swoje przeznaczenie.

Stanąwszy na ziemi afrykańskiej Antoni marzył, że stanie się tu spadkobiercą św. Augustyna, jego ulubionego mistrza, który tu kiedyś żył i działał. Ale los uwziął się na niego. Ludność Maroka przeżywała trudny okres z powodu posuchy i idącego za nią głodu. Antoni nie znajdował chętnych słuchaczy. Na domiar złego wnet sam zapadł na chorobę, prawdopodobnie febrę, która odebrała mu całkowicie siły. Borykał się z nią przez trzy miesiące, aż wreszcie miejscowi kupcy chrześcijańscy przekonali go, że klimat tej ziemi jest zabójczy dla jego zdrowia. Może i sam doszedł do wniosku, że Bóg ma inne zamiary względem niego. Pozostał mu niesławny powrót do ojczyzny...

Nie przypuszczał ani on, ani jego afrykańscy przyjaciele, że okręt, na jaki wsiadł, nie zawiezie go do ojczyzny, że Opatrzność oszczędzi mu niesławnego powrotu. Chwyciła ich nagła burza i rzucała statkiem przez kilka dni po morzu aż wreszcie wyrzuciła go na wybrzeże Sycylii. Tak najmniej spodziewanie znalazł się Antoni w ojczyźnie św. Franciszka. Była to wiosna roku 1221. W małym klasztorku franciszkańskim koło Messyny przebył jakiś czas przychodząc do zdrowia. Gdy w maju miejscowi bracia zaczęli zbierać się na kapitułę generalną w Asyżu, na którą każdy miał wstęp, wybrał się z nimi i Antoni. Zobaczy tam przecie kwiat swego zakonu, który tak mało jeszcze znał, a przede wszystkim samego założyciela, św. Franciszka, którego był ogromnie ciekaw. Myślał, że może już nigdy nie będzie miał takiej okazji.

Wśród około trzech tysięcy braci, którzy przybyli na kapitułę z różnych krajów, Antoni nie zwrócił na siebie najmniejszej uwagi. Nikt nie znał jego ani on nikogo. Widział jednak św. Franciszka, przysłuchiwał się obradom, dzielił zapał pierwszych franciszkanów. Gdy pod koniec kapituły rozdzielano urzędy i obowiązki, Antoni pozostał bez przydziału. Dopiero kiedy opustoszała Porcjunkula, obecny jeszcze prowincjał Romanii br. Gracjan zabrał go i skierował do pustelni na Monte Paolo, gdzie miał kapelanować kilku braciom pustelnikom. Po okresie wytężonych studiów w tętniącym życiem klasztorze w Koimbrze, po nerwowym okresie choroby i wyczekiwań na poprawę zdrowia w Maroku, Antoni w ciągu kilku lub kilkunastu miesięcy życia w pustelni miał czas przemyśleć i przemodlić swoje dotychczasowe pragnienia spełnione i zawiedzione, ażeby z całą wewnętrzną uległością powtórzyć za Samuelem: Mów Panie, bo słucha sługa Twój (1 Sm 3, 10). Ani bracia zamieszkujący pustelnię, ani przełożeni prowincji nie wiedzieli kim jest ten skromny i milczący brat Antoni z Portugalii.

We wrześniu r. 1221 lub 1222 miała odbyć się kapituła prowincjalna Romami. W niedalekiej Forli zebrała się przedtem grupa braci, ażeby asystować w czasie święceń kapłańskich, jakie niektórzy mieli otrzymać. Byli i goście z zakonu kaznodziejskiego św. Dominika. Znalazł się tu i brat Antoni zdążający na kapitułę. Przełożony w ostatniej chwili zadecydował, że należałoby wygłosić jakieś kazanie do zgromadzonych. Nikomu przedtem tego nie zlecono, więc nie było chętnych. Czy z przekory czy wiedziony rządzeniem Bożym zwrócił się z tym do Antoniego w formie polecenia. Ten, uważając to za nakaz posłuszeństwa zakonnego nie mógł odmówić. Obecni znając Antoniego jako pustelnika spodziewali się raczej wesołej zabawy niż poważnego kazania. Ale jakież było ich zdziwienie, gdy Antoni zaczął mówić. Padały słowa jasne i dobrze ze sobą powiązane, pełne mądrości i namaszczenia. Cytaty z Pisma św. były podawane wiernie i właściwie zastosowane. Wierzyć nie chcieli, że głosił je bez przygotowania. A do tego dołączył się głos dźwięczny i pełny, doniosły i czysty. Wszyscy zdali sobie sprawę, że dokonano tu wielkiego odkrycia, że mają przed sobą znakomitego kaznodzieję, uczonego teologa i świętego zakonnika. Wieść o tym obiegła wnet nie tylko prowincję, ale dotarła do generalnych władz zakonu. Antoni otrzymał zezwolenie i polecenie, by głosił kazania wszędzie: po miastach i grodach, po wsiach i koloniach rolnych. Tak Antoni za pośrednictwem swych przełożonych odnalazł swoją drogę i zlecone mu przez Boga zadanie. Pozostanie mu już wierny do ostatniej godziny swego życia.

Zanim rozwinie działalność kaznodziejską i misyjną przełożeni zwraca ją się do niego z poleceniem, by podzielił się swą wiedzą teologiczną z młodszymi braćmi zakonnymi. Sam św. Franciszek własnoręcznie napisał do niego bilecik: Moim życzeniem jest, abyś wykładał świętą teologię braciom, byle tylko podczas tego studium nie gasili w sobie ducha świętej modlitwy i pobożności. W ten sposób staje się pierwszym wykładowcą w zakonie franciszkańskim najpierw w Bolonii, potem w Tuluzie i Montpelier we Francji i wreszcie w Padwie. Ale nauczanie teologii będzie tylko jego zajęciem dorywczym. Głównym jego zajęciem będzie kaznodziejstwo i konfesjonał, a pod koniec życia i działalność pisarska.

Kronikarze nie zapisali dokładnie, gdzie Antoni głosił słowo Boże. Najstarsze opowiadanie podaje ogólnie: Długą byłoby rzeczą wyliczać, ile przebiegł prowincji i ile części ziemi słowem Bożym napełnił. Działalność jego objęła prawie całe Włochy i znaczną część Francji, chociaż trwała tylko niespełna dziewięć lat.

Antoni przemawiał w językach ludowych: włoskim i francuskim, ale kazania szkicował po łacinie. Normalnym miejscem bywały kościoły, ale w razie większego napływu wiernych przemawiał na placach, łąkach. Powodzenie jego kazań było ogromne. Słuchacze przychodzili nie tylko z miejscowości, gdzie się pojawił, ale i z dalszych okolic. Aby sobie zapewnić lepsze miejsce wstawano już w nocy i czekano godzinami. Nawet bogate damy i rycerze przywykli do późnego wstawania odstępowali od swoich zwyczajów i przybywali na miejsce kazania przed wschodem słońca. Słuchaczy bywało niekiedy do dwudziestu i więcej tysięcy ze wszystkich warstw społecznych. Przychodzono w szatach prostych, niekiedy pokutnych, gdyż Antoni gromił zbytek i luksus, nie zważając na godności i stanowiska słuchaczy. W czasie kazania słuchacze zapominali o całym świecie, zapominali nawet o swych obowiązkach, tak że miewali potem z tego powodu kłopoty.

Kronikarze często wspominają o nadzwyczajnych skutkach jego kazań. Grzesznicy gromadami cisnęli się do konfesjonałów i wyznawali swoje grzechy. Niektórzy z nawróconych opowiadali o otrzymanych objawieniach, aby udali się do Świętego, bo tak go wnet zaczęto nazywać, i byli mu posłuszni lub do któregoś z braci dla odprawienia spowiedzi. Zawzięci wrogowie po kazaniu jednali się, ciemiężyciele uwalniali swoje ofiary. Lichwiarze i złodzieje zwracali mienie niesprawiedliwie nabyte. Rozpustnicy zrywali grzeszne znajomości, nałogowcy wracali na uczciwą drogę. Nawet ci, którzy przypadkowo znaleźli się na kazaniu, odchodzili ze zbawiennymi postanowieniami. Raz banda rabusiów, która od lat trudniła się rozbojem na drogach, z ciekawości zjawiła się na kazaniu. Zdawało im się, że Antoni zauważył ich obecność i przemawia wyłącznie do nich. Skruszeni poszli do spowiedzi. Święty zapowiedział każdemu, że jeśli wróci do dawnego życia, wnet spotka się z karzącą ręką sprawiedliwości. Tak się też stało z tymi, którzy zlekceważyli tę przestrogę.

Powodem powodzenia i skuteczności kazań Antoniego, jak podkreślają to wszyscy jego dziejopisarze, była gorąca wiara i świętość życia samego kaznodziei. Jego słowa biły żarem przekonania, płomieniem gorliwości, wewnętrzną siłą, której trudno było się oprzeć. Święty umiał przelewać swego ducha w słuchaczy. Umiał również wytwarzać jakąś dziwną atmosferę, której słuchacze ulegali. On sam jednak zawsze przypisywał to działaniu łaski Bożej.

Rychło wytworzyła się również sława jego cudotwórstwa. Już sama ciekawość ujrzenia cudotwórcy ściągała mu słuchaczy. Kroniki opowiadają o cudach, które miały się zdarzyć w czasie kazania. W Rimini we Włoszech, gdy ludzie wzgardzili jego kazaniem - było to na początku jego działalności - Antoni poszedł nad rzekę i na jego słowo napłynęło tyle ryb, ile tu nigdy nie widziano, i słuchały jego kazania do końca. W Limoges we Francji Święty uciszył burzę, która zerwała się w czasie kazania głoszonego w amfiteatrze. W Saint Junien, również we Francji, zawaliła się prowizoryczna ambona, ale ani kaznodzieja ani słuchacze pod amboną nie doznali uszczerbku.

Jest jednak faktem niezaprzeczalnym, że Antoni był świetnym i potężnym mówcą. Łączył w sobie wszystkie zalety dobrego kaznodziei. Posiadał wyborną pamięć, dzięki której przyswoił sobie prawie całe Pismo św. i która służyła mu szybko tymi tekstami, jakich potrzebował. Posiadał głębokie wykształcenie teologiczne, znajomość pism Ojców i pisarzy kościelnych. Posiadał wreszcie duże, jak na owe czasy wykształcenie ogólne, z którego czerpał porównania i analogie stosowane w swych kazaniach. Nie lekceważył i zewnętrznych cech: pięknego doboru słów, ujmującego gestu. Donośny i dźwięczny głos, wyraźna dykcja, naturalna modulacja sprawiały, że słuchacze bez zmęczenia mogli nadążać za jego myślą i ulegali jego wpływowi. Mowa jak miód słodka... język gładki, potoczysty, barwny - napiszą o nim kronikarze i historycy.

Myliłby się jednak ten, kto by przypuszczał, że Antoni pragnął przypodobać się słuchaczom, zrobić na nich dobre wrażenie. Potomek rycerzy ścierających się jeszcze niedawno z saracenami - Antoni na ambonie jest najczęściej bojowy, zaczepny, nieprzejednany. Wprawdzie swoją broń zwraca przeciwko ludzkim występkom i słabościom, ale nie oszczędza i samych ludzi. Nie chroni przed jego naganą lub potępieniem ani posiadany majątek i wpływy, ani piastowana godność, nawet duchowna. Zwłaszcza krzywdy społeczne, nadużywanie władzy wobec bezbronnych, zdzierstwa i bezwzględność lichwiarzy są przedmiotem jego ostrych ataków. I dziwna rzecz. Rzadkie były wypadki obrazy i wrogości ze strony atakowanych. Częstsze były wypadki całkowitej lub przynajmniej częściowej poprawy. Niekiedy całe miasto na skutek jego kazań odmieniało swoje obyczaje, stawało się inne, lepsze. Wrogość Antoniego wobec występków płynęła z jego miłości i uszanowania dla ładu moralnego, przez Boga ustanowionego porządku, zakłócanego i niweczonego przez ludzką nieuczciwość. Płynęła również z tkliwej miłości i życzliwości dla ludzi, którzy sami stawali się przyczyną utraty Bożej przyjaźni i wiecznego potem potępienia.

Ta miłość do ludzi była również źródłem dziwnych wydarzeń wiązanych ze Świętym, zwanych cudami. Jak kiedyś Chrystus tak i on nie przywiązywał do nich większej wagi. Były one jakimś naturalnym dodatkiem, następstwem prawie przez niego nie dostrzeganym. Jeśli kiedyś miały miejsce, to zdziałała je jego gorliwość o zbawienie dusz lub częściej jeszcze miłość ku ludziom nieszczęśliwym i chęć pomocy potrzebującym. Jeśli kiedykolwiek stał się cud za jego przyczyną, to albo dla wprowadzenia kogoś na drogę cnoty, albo dla otarcia łez nieszczęśliwym... To ludzie przywrócili porządek rzeczy i wartości w niezdrowej pogoni za niezwykłością... Święty wzrusza pewnie tylko głową opromienioną aureolą w politowaniu nad naszą małostkowości - pisze jeden z jego biografów. Największym cudem św. Antoniego - to cud jego świętości, pokory, gorliwości, miłości, umartwień, trudów i poświęceń. Tradycja uważała go jednak za potężnego cudotwórcę już za życia. Najczęściej przypisywano mu cud z koniem (niekiedy mowa o ośle lub mule) rycerza Bonvillo z Rimini, który klęka przed Najświętszym Sakramentem, bilokacja czyli równoczesna obecność w dwóch miejscach w Queyroix we Francji i przepowiednia męczeńskiej śmierci notariusza w Puy, również we Francji. Częste są wzmianki o odczytywaniu ludzkich tajemnic, uwalnianiu od dręczących pokus, przywracaniu spokoju sumienia.

Z Padwą, która tak ściśle splotła się z osobą i mieniem Antoniego, stykał się on początkowo tylko przelotnie. Od roku 1227 przebywa tu częściej, a na stałe zamieszkuje dopiero w ostatnim roku przed śmiercią. I może nie tyle on, ile miasto przylgnęło do niego już za jego życia, a tym więcej jeszcze po jego śmiercią. I nie on, ale Padwa stała się jego dłużnikiem, gdyż dzięki św. Antoniemu sława jej dotarła do wszystkich krajów świata.

Gdy Antoni przybył do Padwy, niczym nie różniła się ona od innych większych miast włoskich tego czasu. Uwikłana w ciągłe wojny z sąsiednimi miastami, skłócona wewnętrznie walkami stronnictw i partii; zarząd miejski był bezsilny wobec uprzywilejowanych baronów i wyższego duchowieństwa, ludność biedna wystawiona na wyzysk bogaczy i lichwiarzy. Towarzyszyło temu znaczne rozluźnienie obyczajów, wzajemna nienawiść i chęć zemsty. W takiej atmosferze nikt nie wierzył, by uczciwość miała jakiś sens, a sprawiedliwość miała widoki zwycięstwa. Jednak już pierwsze wystąpienia św. Antoniego w roku 122? zdawały się zapowiadać trwalsze skutki. Oto spora grupa jego słuchaczy pod wpływem kazań zwróciła się do niego prosząc o radę i kierownictwo w celu prowadzenia bardziej chrześcijańskiego życia. W ten sposób doszło do powstania Bractwa Pokutujących, którego członkowie zobowiązali się do zachowania Bożych przykazań, uczynków pokutnych i działalności dobroczynnej. W następnych latach Antoni częściej odwiedza Padwę i głosi całe cykle kazań w różnych kościołach miasta. Odnosi się to zwłaszcza do roku 1229. Święty jak gdyby wyczuł, że grunt staje się coraz podatniejszy, byle tylko poświęcić mu więcej czasu. I nie pomylił się. Po jakimś czasie pozyskał sobie niemal wszystkich, wszystkich ogarnął zapał religijny, a żaden z kościołów nie mógł pomieścić słuchaczy. To właśnie tu spotykamy się nie tylko z entuzjastycznym przyjmowaniem jego słów, ale i z uwielbieniem dla jego osoby. Na czas jego kazań zamierało miasto, ustawał handel, zamykano warsztaty. Uczestniczył w nich miejscowy biskup z całym duchowieństwem. Zadziwiające powodzenie i skutki kazań, jakie dotychczas towarzyszyły św. Antoniemu, zostały tu jeszcze spotęgowane. Nawrócenia dokonywały się już nie pojedynczo, ale całymi grupami. Oporni poczuli się nie tylko odosobnieni, ale wprost zagrożeni. Konfesjonały były oblężone, a naprawiania krzywd i uczynki pokutne dokonywano nierzadko publicznie. Słowem - Padwa do niedawna pogrążona w swarach, lichwie, społecznej krzywdzie - w ciągu kilku miesięcy odmieniła się całkowicie pod cudownym działaniem kazań św. Antoniego. Przemiana ta sięgnęła głęboko w dusze mieszkańców i pozostawiła na długo trwałe ślady. Podkreślają to wszyscy kronikarze Świętego, a papież Grzegorz IX stwierdził to uroczyście w bulli kanonizacyjnej. Antoni stał się nie tylko reformatorem obyczajów i kierownikiem sumień, ale kimś ogromnie drogim i bliskim dla całej Padwy. I takim już pozostanie na zawsze.

Rok 1230 św. Antoni spędził również w Padwie, głosząc kazania w samym mieście i w okolicy. Opuścił ją tylko, aby wziąć udział w kapitule generalnej zakonu i delegacji do Rzymu. W tych miesiącach sporo czasu poświęcał także działalności pisarskiej. Czynił to na wyraźny rozkaz samego papieża Grzegorza IX, serdecznego przyjaciela i powiernika św. Franciszka i jego, przekazany za pośrednictwem kardynała Rainalda de Segni, późniejszego papieża Aleksandra IV. Były to właściwie traktaty teologiczne zawierające głoszoną przez niego naukę chrześcijańską, ale zgodnie z wykonywanym przez niego posłannictwem miały formę kazań lub przynajmniej obszernych szkiców. W ten sposób opracował Kazania niedzielne i Kazania o Świętych. Tej pracy poświęcił również pierwsze miesiące roku 1231. Były to najpracowitsze miesiące jego życia. Stale bowiem był zajęty na ambonie, prowadził dzieła miłosierdzia, organizował pomoc dla najbiedniejszych i zadłużonych, przeprowadził ustawę o ograniczeniu uprawnień wierzycieli, interweniował u tyrana Werony Ezzelina w sprawie krzywdzonych przez niego obywateli Padwy i okolicy. Spieszył się, jak gdyby wiedział, że są to ostatnie miesiące jego życia. Obok bowiem wyczerpującej pracy na ambonie i działalności pisarskiej od dłuższego czasu organizm jego dręczyła poważna choroba - wodna puchlina. Ówczesny poziom medycyny nie był w stanie nie tylko zaradzić tej chorobie, ale nawet jej ulżyć. A Antoni miał przecież dopiero trzydzieści dziewięć lat.

Po morderczej pracy w czasie Wielkiego Postu r. 1231, kiedy to głosił kazania nieomal każdego dnia, a ponadto całe godziny spędzał w konfesjonale, po podróży do Werony i dramatycznej rozmowie z tyranem Ezzelinem konieczny był odpoczynek. Nie było jednak o tym mowy w Padwie, gdzie stale odwiedzali go jego wielbiciele, aby go przynajmniej zobaczyć, potrzebujący, aby im dopomógł, nieszczęśliwi, aby ich pocieszył. Wyprawiono go do niedalekiej wioski Camposampiero, gdzie bracia posiadali małą pustelnię. Aby mieć całkowity spokój, zamieszkał na drzewie w celce z mat, skąd schodził tylko na wspólną modlitwę i posiłki. Tu w piątek 13 czerwca koło południa zasłabł tak poważnie, że postanowiono odwieźć go do klasztoru w Padwie, zgodnie zresztą z jego życzeniem. W drodze zmieniono plan i umieszczono go w klasztorku na przedmieściu Padwy, zwanym Arcella. Tu odprawił jeszcze spowiedź i odmówił z braćmi psalmy pokutne. Wieczorem nastąpił zgon, mimo że Święty wyglądał lepiej niż w poprzednich dniach. Śmierć zdawała się być tylko głębokim snem.

Bracia postanowili utrzymać zgon Świętego w tajemnicy, aby ciało spokojnie przewieźć do klasztoru w mieście. Legenda opowiada, że w Padwie pierwsze dzieci zaczęły opowiadać o śmierci św. Antoniego, a od nich dowiedziało się miasto. Dowiedzieli się o tym i mieszkańcy przedmieścia, gdzie Święty zmarł. I oni i zgromadzenie Ubogich Pań, przy których był klasztorek braci, postanowili zatrzymać ciało zmarłego u siebie jako cenną relikwię. Ale klasztor braci w mieście i zarząd miejski Padwy wystąpili z żądaniem wydania ciała. Spór trwał przez prawie pięć dni i doprowadził do dramatycznych spięć. Wreszcie interwencja biskupa i represje zastosowane przez zarząd miasta przełamały upór przedmieścia. We wtorek 17 czerwca odbyło się uroczyste przeniesienie ciała św. Antoniego do Padwy. Trumnę nieśli kolejno najstarsi obywatele miasta, poczytując to sobie za wielki zaszczyt. Napływ ludu był tak olbrzymi, że zapełnił wszystkie ulice i place miasta. Wszyscy nieśli w rękach pochodnie lub zapalone świece, że miasto wyglądało jakby ogarnięte pożarem. Po przybyciu do klasztoru braci biskup w otoczeniu duchowieństwa odprawił uroczyste nabożeństwo, po czym wśród objawów wielkiej czci złożono trumnę do przygotowanego grobowca. Dziwna rzecz, że Padwa mimo tak wielkiego przywiązania do św. Antoniego, przeżyła ten dzień nie jako chwile żałoby, ale jako dzień chwały i pierwszy dzień publicznej czci, jaką odebrał Święty. Wtorek pozostanie również dniem św. Antoniego.

Odtąd przedmiotem czci stał się grób św. Antoniego i to czci tak wielkiej, jakiej nie notuje historia żadnego innego Świętego. Prócz gorącej miłości i wdzięczności, jaką wierni mieli dla Świętego i która ich tu sprowadzała, coraz większą rolę zaczynała odgrywać sława cudowności, jaka wytwarzała się wokół tego grobu. Kroniki notują cuda, jakie tu dokonują się już od dnia pogrzebu. Spieszą tu ci, którzy go znali, i ci, którzy dowiedzieli się o nim po śmierci. Wśród niekończących się szeregów pielgrzymów widziano rycerzy, wielkich panów i delikatne damy, a wszyscy szli boso po drogach wyboistych i ostrych kamieniach. Sam biskup zdejmował obuwie, gdy na czele duchowieństwa zbliżał się do grobu Świętego. To samo czynił burmistrz miasta, kiedy przychodził tu w otoczeniu dostojników republiki i niezliczonego tłumu mieszkańców Padwy. Studenci uniwersytetu różnych narodowości spieszyli tu także z oznakami najwyższej czci. Krąg czcicieli poszerza się z każdym prawie miesiącem. Wnet obejmuje całą Lombardię, a nawet sięga poza Alpy. Szczególnym wotum tu składanym stają się świece. Niekiedy są tak olbrzymie, że przywożą je wozami i kilkunastu ludzi musi je wnosić do kościoła. Pielgrzymki łączono z przystępowaniem do świętych sakramentów i uczynkami pokutnymi. Padwa stała się ośrodkiem wielkiego odrodzenia duchowego coraz szerszych rzesz.

Cześć oddawana Świętemu przy jego grobie nie była całkiem bezinteresowna. Przychodzono tu z różnymi potrzebami i proszono o wstawiennictwo Świętego. Tak częste były wypadki natychmiastowego wysłuchania, że wnet po łzach i jękach boleści rozlegały się okrzyki radości. Po śmierci Męża Bożego nastąpiła nieprzerwana powódź cudów przy jego grobie... Wśród opisów czytamy o uzdrowieniu dziewiętnastu kalek, pięciu sparaliżowanych, o dwóch uwolnionych od złego ducha, dwóch od febry, o wskrzeszeniu dwóch umarłych.

Wobec tak wielkiej czci oddawanej Antoniemu i mnożących się cudów już w miesiąc po jego śmierci rozpoczęto starania o jego kanonizację. Obok listów od biskupa, duchowieństwa i rady miejskiej wysyłano również delegacje od zakonników, uniwersytetu i znakomitych osobistości. Ówczesny papież Grzegorz IX, dawny przyjaciel św. Franciszka i protektor zakonu, znał osobiście św. Antoniego i jego cnoty. Kiedy wyznaczona komisja kardynałów przeprowadziła ścisłe badania sprawy i oceniła świętość Antoniego jako niewątpliwą, a ponad czterdzieści cudów jako wiarygodne, papież ogłosił uroczyście kanonizację św. Antoniego na dzień 30 maja 1232 r., a więc w niespełna rok po śmierci Świętego. Jego święto miał Kościół obchodzić w dniu jego śmierci, 13 czerwca. Wielka była radość Padwy, zakonu franciszkańskiego, do którego św. Antoni należał i wszystkich jego czcicieli. Jego cześć przyjęła się również w dawnym jego zakonie Kanoników Regularnych zwłaszcza w Portugalii, gdzie go czczą pod jego poprzednim imieniem Ferdynanda.

Kanonizacja stała się dla Padwy hasłem do budowy bazyliki godnej tak słynnego Świętego. Postanowiono wznieść ją na miejscu dotychczasowego grobu. Zburzono więc dotychczasowy kościół braci i rozpoczęto prace. Budowa ciągnęła się długo, gdyż przerwano ją na przeciąg prawie dwudziestu lat (1237-1256), kiedy to Padwa znalazła się we władaniu Ezzelina. Uwolnienie miasta przy pomocy innych republik włoskich przypisano również wstawiennictwu św. Antoniego. Przeniesienia relikwii dokonano w roku 1263 pod przewodnictwem ówczesnego generała zakonu św. Bonawentury. Była to okazja do odnowienia i dalszego spotęgowania czci Świętego. Przy otwarciu grobu okazało się, że najlepiej zachowała się głowa, a język nie uległ najmniejszemu zepsuciu. Uznano to za nowy cud. Św. Bonawentura wygłosił porywające kazanie na temat zasług tego języka dla chwały Bożej, a wspaniały relikwiarz przechowywany w bazylice kryje tę niecodzienną relikwię.

Prace przy bazylice trwały jeszcze kilkadziesiąt lat, a i później podejmowano uzupełnienia i przeróbki. Ostateczny, dzisiejszy kształt przybrała bazylika dopiero w XVI wieku, chociaż i później trwały tu stale prace. Zdobili ją najsławniejsi w historii sztuki artyści: architekci, malarze, rzeźbiarze. Dzięki temu stanowi ona jedno z najpiękniejszych w świecie i w pewnym stopniu jedyne dzieło sztuki. Spotykamy tu różne style: bizantyjski i gotycki, lombardzki i toskański, a nawet arabski. Malownicza jak bukiet różnych egzotycznych kwiatów naniesionych przez wichry, wykazuje przypadkową harmonię stylów, o jakiej nie marzyła fantazja żadnego artysty - powie o niej pewien historyk (A. Rubbiani). Jest to najlepszym wyrazem powszechnej czci, jakiej doznawał i doznaje św. Antoni. Każdy wiek i każdy lud rzucał kwiaty swej sztuki na jego grób, ponieważ każdy wiek i każdy lud kochał wielkiego Świętego. A miłość - artystka największa - dokazała tego, czego by dokazać nie mógł żaden artysta: uwiła z tych różnych kwiatów jeden harmonijny wieniec i rozpięła go nad ziemskimi szczątkami niebieskiego Orędownika. W tej olbrzymiej bazylice Święty ma swoją specjalną kaplicę, gdzie spoczywają jego relikwie. Mieszczą się one w srebrnej urnie złożonej w marmurowym sarkofagu tworzącym mensę ołtarza kaplicy. Zawsze bywa ona oblężona przez czcicieli Świętego, którzy pragną przynajmniej jej dotknąć.

Cześć św. Antoniego poprzez wieki stale wzrastała, obejmując najdalsze nawet kraje chrześcijańskie. W zakonie franciszkańskim obchodzono nie tylko jego doroczną uroczystość 13 czerwca, ale i pamiątkę przeniesienia jego relikwii. Powstało piękne wierszowane oficjum brewiarzowe, ułożone zaraz po kanonizacji przez Juliana ze Spiry, którego responsorium Si quaeris miracula (Jeśli szukasz cudów) znane jest powszechnie. Dzięki bractwom antoniańskim od XVII wieku przyjęła się praktyka tak zwanych wtorków św. Antoniego. Od chwili śmierci św. Antoni był uważany za Patrona rzeczy zgubionych i skradzionych, opiekuna młodzieży i dzieci. Od drugiej połowy wieku XIX rozpowszechnił się zwyczaj Chleba św. Antoniego jako jałmużny dla ubogich, składanej ku czci Świętego dla uzyskania jego wstawiennictwa. Liczne bractwa i szereg czasopism wydawanych głównie przez zakony franciszkańskie przyczynia się do podtrzymania żywotnej czci Świętego w całym chrześcijańskim świecie. Bezsprzecznie św. Antoni jest najpopularniejszym świętym katolickim po Matce Bożej. Szczególniejszą czcią cieszy się nadal w Padwie, swej przybranej ojczyźnie. Za życia ukochał ją chyba najbardziej ze wszystkich miast, w których żył i pracował. Umierając, jej zostawił swoje serce w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Tam też, jak nigdzie na świecie, odczuwa się, że On chociaż umarł, żyje tu i ciągle działa.

W Polsce cześć św. Antoniego zaszczepiły i szerzyły zakony franciszkańskie. Wybudowano szereg kościołów pod jego wezwaniem, wznoszono ołtarze, zakładano bractwa, prowadzono działalność charytatywną pod jego patronatem. A nie ma prawie kościoła, gdzie by nie było obrazu czy figury tego Świętego, a przed nim modlących się w różnorakich potrzebach, przekonanych, że jego wstawiennictwo u Boga jest najskuteczniejsze.

Copyright 2012. QualityJoomlaTemplates.